To jeszcze nie dzisiaj, Czarodziejko z Ksiezyca. Kiedy indziej zawolamy Koniec Swiata. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie zdazylismy wypic ostatniej butelki Martini... Poznalyscie sie pierwszego dnia po stworzeniu raju, chociaz nie bylo dane wam sie wtedy spotkac. I nigdy wcale nie chcialas, zeby kleczala z rekami podniesionymi do goory przez pool godziny. Chociaz tak sie stalo. Dzisiaj widzialas ja siedzaca na kamiennych schodkach z narzeczonym pod pacha. I rowerem. I mialas cos poczuc. Ale znowu sie nie udalo... Juz nie pamietam twojej twarzy. Jestem prawie pewna, ze bede mogla cie rozpoznac, gdy spotkamy sie gdzies przypadkiem. Tylko nie sadze, zebysmy mogli jeszcze o czymkolwiek ze soba rozmawiac. Bo ktoores z nas mogloby chciec wypelnic pustke. Albo sobie przypomniec. A po co pamietac zoolty dom? Za daleko zeby wyciagnac rece. Nawet palce pianisty nie wystarcza. Czarno-biala klawiatura nie pomoze. Zrobilam dla Ciebie papierowy statek pod piracka bandera, ale ocean go nie przyjal. Widzialam przez ramie Twoja wygieta twarz i slawne oczy, ktoore zgasly. Jakis zdracja musial wyjac baterie z latarki. Najlepsze sa przemakajace wspomnienia. (Ataki mroowek. Szlaufy. Irysy mentolowe to straszne goowno. Zoolty napooj. Wsciekle psy przed polem. Twoje pokoje. Te dobre i te zle. Zepsuty piec w kotlowni. Lokomotywy. Monciak. Ruchome obrazy w auli z krzyzem. Moje paranoje. Herbaty z placebo.) Mamy sztormiak, nie zmokniemy. Czarne niebo nad Paryzem. Zobaczylam je dla siebie. Niebieska zima w szarej kurtce. Bo nie moglam sie doczekac kiedy w koncu zejdziesz z nieba zeby spelnic obietnice. Wiem, ze przyjaciool nie chowa sie na cmentarzach. Ale Ty nie byles przyjacielem. Byla jedna taka jesien i dwie kolejne zimy. A potem jeszcze pewna wiosna i koniec lata. A potem zapragnela swiatla. I odeszla. Zeby przezyc najgorsza wiosne swojego zycia. I zeby powachac stokrotek. Pomalowala paznokcie na czerwono i juz wiedziales.