Kazda religia ma swoja swiatynie, kazdy zbawiciel wymaga ofiar. Idziemy, wiec tacy wymuskani i wyprostowani. Piers wypieta, nawet Gruby Ed sie bardzo stara. Mija nas wystylizowany chlopaczek w slonecznych okularach na pool twarzy. Dona glosno mlaska z niesmakiem. "Gdzie sie podzial wiecznie modny testosteron?" Mijamy plujaca fontanne. Tak, to pewnie gazowana Evian. Idziemy noga za noga. Interesuje nas tylko fiolet, braz i flausz. Dona rzuca sie na sweter w paski i z piskiem ucieka szukac dodatkoow. Ed ziewa. Ostatnio schudl bardzo i wplywa to na niego destrukcyjnie. Ja prowadze dyskusje z torebkami na wieszakach. Zastanawiam sie nad zmiana komoorki, skoro nie miesci sie do zadnej... Dona krzyczy cos o zakietach, ale zaglusza ja techno z glosnikoow. Znowu znika pod lawina bluzek. Ed lapie mnie za lokiec i ciagnie na konsultacje. To ciezsze niz pokazy fizyczne: dwie identyczne koszule w paski i w ktoorej wyglada szczuplej?? Na szczescie dostrzegam bezrekawnik w kolorze mandarynek. Trzy duze kroki i siegamy Absolutu. Mamy dusze w rozmiarze XS, ale przynajmniej jestesmy tacy piekni.