Dziewczynka w niebieskiej sukience. Siedzimy obok siebie na czerwonych siedzeniach. Autobus cuchnie potem i wiejska kielbasa. Ona na kolanach oglada migajace pola. Jasne oczy. Kazdy jej gest zastyga w czasie. Fale skoory podczas usmiechu na podbroodku. Bo ona zaraz odejdzie. Za chwile przebije glowa szybe i zniknie. Ucieknie za zlotym ptakiem. Hebanowa dziewczynka. Cholernie biale sciany. Wykrochmalona posciel. Blada skoora. Ona siedzi na drewnianym stoleczku tuz przy loozku. Jej malutkie paluszki glaszcza moje zmeczone cialo. Jaskrawe swiatla na suficie. Raz, dwa, trzy. Oni wyjmuja ze mnie spanachane narzady. Wycienczone zyly. Ukladaja mnie na nowo. A ona trzyma mnie za reke. Caly czas. Dopooki nie skoncza. Hebanowa dziewczynka. Wspiala sie po balkonach. Zadnego leku, zadnego strachu. Po prostu wyciagnela swoje male ramionka i stalo sie. Teraz z twarza przyklejona do szyby stoi na mrozie. W zabielonym swiecie jej niebieskie kokardy sa jak zamarzniete w locie motyle. Mierzymy swoje rece przez szybe. Hebanowa dziewczynka. Tak wyglada moja smierc.