I znowu wyladowalismy nad rzeka. Ciagle smierdzi i wciaz nosi kaczki. Siedzimy sobie na pozoolklej trawie. Dona w jarzebinowych koralach na szyi wirtualnie scala sie ze swiatem. Moja grzywka osiagnela juz stan alarmowy; bardziej skroocic sie nie da. Ed segreguje kolorami swiezo zrzucone liscie. "Kim bylismy w 1995 roku??" Dona robi sesje zdjeciowa swoim nowiutkim kaloszkom w kwiatki. Aparat cyfrowy w telefonie to nasz najwiekszy fetysz. "To byl swiatowy rok leginsoow." Usmiecham sie, bo zachood slonca strasznie razi w oczy. Ed rozpoczyna wyklad o prawdach subiektywnych. Ze jestesmy wypadkowa punktoow widzenia innych ludzi. Ja chyba wciaz musze byc punktem widzenia kolegi z podstawoowki, ktoory stwierdzil, iz jestem zbyt plaska. Taka karma. Ed mruczy ukladajac patyki wg dlugosci. Buddyzm go wykancza. Wciaz i wciaz ten niezakloocalny boski porzadek. Dostajemy flaszem po oczach. Taki maly, a jednak boli. Dona zatacza sie smiechem. Wyjadlismy juz wszystkie jezyny ze styropianowego pudelka, a chmury wciaz przetaczaja sie niebem. Taka idealnie bezkrawa niedziela. A my w niej. I rzeka wciaz smierdzi.