Wyborowa dzis jest niedziela. Prosto z dworca wleczemy sie do urn. Znowu na kacu, zmasakrowani mdla agitacja. Dobici slowami, porazeni twarzami z plakatoow. Dona narzeka, ze splynal jej make-up, Eda boli krzyz i lewa lydka, a ja wciaz wloke za soba plecak i karimate. Oto jacy z nas patrioci. Niezlomni, niepokonani. Sala silowni, 2 stoliki, godlo i urna. Za urna sprzet gimnastyczny. Zazywni panowie poroownuja marki rowerkoow poklepujac sie wielkich brzuchach. Dona jak profesjonalistka; najpierw ustala reguly wyboroow z sasiadem za zielona kotarka, potem oddaje demokracji to co jej. Ja znowu gram w Lotto; na wielkiej bialej plachcie krzyzyk na chybil trafil. Genialna metoda. I jeszcze Cugowski na senatora. Wszystko, zeby tylko przestal spiewac. Ed streszcza wszystkim obecnym programy wyborcze. Zna zyciorysy. Wszystkich sprawdzil na liscie Wildsteina. "Bo LPR to sami faszysci!" Dona rzuca sie do urny i znika. Trzeba zdazyc przed koscielna uderzeniowa fala. I wroocic nietknietym.