Z Egiptu, w Wielki Smiech Ludzkosci, zrzuce kurz z moich sandaloow, gdy bede biegl. A bede biegl. Po chodnikowych kwadratach. Do cmentarza i spowrotem. Zahacze o Twooj balkon. Wypije Twoje mleko. Po takich zooltych lisciach. Do fontanny i nazat. Wstapie to jego autobusu. Skasuje mu bilet. Po drewnianych schodkach. Na pietro i na parter. Potrace ich lokciem. Zrosne ich oddechem.