Raz na jakis czas trafia ci sie naprawde idealny papieros. Wszystko jest wtedy idealne, smak, moment. Oczywiscie pozostale 99% zawsze smakuje jak goowno. A poranek zawsze przychodzi w tym najmniej oczekiwanym momencie. Tak jak upomnienia i cholerne boskie oswiecenie. Nagle sie budzisz i spod koldry wystaja 4 stopy, i te wszystkie klamstwa, ktoore polkniesz przy sniadaniu. I nigdzie nie mozesz potem znalesc kawy, i znowu nie wiesz, po co rzucilas palenie. I mozesz wracac do domu na piechote, mozesz czekac na odwiezienie, mozesz znowu wroocic z kacem. Raz na jakis czas jestes w stanie w przeciwslonecznych okularach zniesc caly, dlugi dzien, uniesc na barkach wszystkich swoich przyjaciool, a w nocy w koncu zamknac oczy. I nastepnym razem jest juz jakby latwiej...