Po raz kolejny odliczam do dwustu. Gdy leze juz w loozku, pod czysta posciela, z kory, w czerwone maki i wchodzi mezczyzna w czarnym garniturze, i z taca, na tacy dwie szklanki mleka, i ciastka z cukrem Sanu. I zaczynaja ozywac przedmioty, i obrazy zaczynaja ozywac, i wibrator w trzeciej szufladzie od goory, i snieg za oknem, i niebo pomaranczowe. Wczoraj bylo roozowe i chcialam Ci o tym powiedziec, zadzwonic, ale w kieszeni ozyla moja niebieska niepewnosc i zalozylam rekawiczki tylko. Juz do stu odliczam. Mezczyzna wyszedl, zabral ze soba tace, na pewno posprzatal okruchy, bo podloga skrzypnela, cienie na suficie zatanczyly cichutko, na palcach, ten snieg cholerny za oknem, zdretwiala lewa stopa, juz siedemdziesiat tylko.