"Jezus mnie uratuje!", strzepnela popiool z papierosa. Stalismy na klatce schodowej i wygladalismy przez okno. Dziecko lezalo gdzies na zimnej podlodze, gdzies wyjeli z przelyku osci. Nie bylo w ogoole sniegu. Pilismy woodke z gwinta. Z ust do ust. Byla wigilia (wigilia czego? wtedy nie wiedzielismy...) i dotknela mnie lodowata reka. Z ust uchodzil dym, chyba byl wtorek, chyba byl koniec.
Nie uratowali jej wcale. Nie wyniesli z pozaru i nikt jej nie trzymal w ramionach. Lezala tam chyba przez jakis czas, a potem najwyrazniej zniknela. Nikt jej nie znalazl, nikt jej nie uratowal. Ludzie trzymali Jezusa na jezyku, spiewali radosne piesni. Wracali po nocy do domu, zjadali mieso z talerzy. Nikt jej nie widzial, nie bylo jej wcale.