W niedziele rano zwykle mam wielka ochote ubrac sie w bura suke. Generalnie: bo nie cierpie niedzieli. Tego slonca, jajecznicy, komunii swietej i bialych sukienek. Generalnie sukienek nie znosze. Kiepsko sie nosza z poczuciem winy. Bo trzeba odslonic kolana. Dac sie wymacac. Nie mozna wisiec na trzepaku do goory nogami. Sukienki to trudny temat. Bura suka to co innego. Ma klimat. Pociaga woodke od rana. Z sokiem i bez soku. (Kiedy nie patrzysz.) Maluje paznokcie na malinowo. Rzyga po obiedzie. Ma wiele zalet. Kiedys razem z Twoim glupim cwelem lubili dni swiete swiecic. Tak to mieli w zwyczaju. "Niedziela bez plucia krwia to nie niedziela!". Lubili remanenty i spisy z natury. Takie hobby. Jak milosc do Jezusa. Tak wiec dzis tez mialam ochote ubrac bura suke do sniadania. Bo opowiadales cos caly czas o sztuce, a ja sztuki, kurwa, nie znosze. Wiec mialam ochote dopasowac jej korale do pantofli i splunac Ci prosto w talerz. (Flaki? Kurczak? Same zwloki?) Slonce bylo zbyt jasne i ja bylam chyba zbyt szczesliwa.
"Slyszales, ze podobno ojciec tlukl ja kazdej niedzieli?"